Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840
Po wyjściu z Petry, na dziedzińcu przy Visitors Center można
kupić różne pamiątki z Petry. Mnie udało się wytargować 2 koszulki i chustę za
18 JD. Niestety sprzedawcy tam mają zmowę cenową i poniżej pewnego poziomu
niestety już nie chcą zejść.
W dalszą drogę wyruszyliśmy przed 15 czasu miejscowego.
Droga początkowo prowadzi przez spore góry. Dlatego też przez dłuższą część
towarzyszyło nam całkowite zachmurzenie. Jechaliśmy po prostu w chmurach.
Oczywiście po drodze  była kontrole
drogowa. I oczywiście po usłyszeniu Polanda, my usłyszeliśmy Welcome to Jordan.
Dopiero po opuszczeniu wysokich gór chmury ustąpiły i mogliśmy cieszyć się z
pięknego słońca. Wieczór na pustyni Wadi Rum zapowiadał się bezchmurny.

Po drodze mijaliśmy stada wielbłądów pasące się wraz z
kozami i owcami. Do tego widać było na tym bezkresnym pustkowiu ogromne
plantacje pomidorów.
Po około 90 minutach od wyjazdu z Petry byliśmy już u bram
Visitors Center Wadi Rum.
Nocleg mieliśmy już zarezerwowany w bedouinlifystyle.com
Zapłaciliśmy po 5 JD wjazdowego i pojechaliśmy do wioski
Wadi Rum. Tam czekał już na nas kierowca z bedouinlifystyle i podprowadził nas
pod dom szefa, gdzie mieliśmy zostawić samochód.
Wioska Wadi Rum to pomieszanie wysypiska śmieci ze
złomowiskiem. Do tego można dorzucić boisko i poligon wojskowy. Wioska ta to
kompletna ruina. Wygląda jakby tam przeszedł jakiś front wojenny albo tajfun.
Straszne dziadostwo.
Szef zaprosił nas do środka. W środku kilku chłopa akurat
oglądało mecz ManCity-Everton. Do tego słodka jak diabli herbatka, papierosek.
I oglądaliśmy mecz razem z nimi. Dopiero w przerwie szef powiedział, że
zawiezie nas na pustynię, bo zaraz będzie zachód słońca.

 Zdezelowanym jeepem w towarzystwie a jakże papierosów
pojechaliśmy jakieś 5 może 6 kilometrów w głąb pustyni na camp pod skałą.
Trzeba przyznać że ładnie położony. Do dyspozycji mieliśmy namiot dwuosobowy.

W
środku jedynie dwa łóżka, z wygodnymi materacami. Do tego jeden kontakt i jedna
żarówka…
Po szybkim ogarnięciu się poszliśmy na górkę, żeby podziwiać
zachód słońca…
O godzinie 19 planowana jest kolacja. Jednym z dań jest
zakopane w ziemi mięso, pieczone/duszone wg tradycyjnego sposobu. Nam akurat w
tym dniu trafił się kurczak z ziemniakami i z cebulą.
Do tego było jeszcze kilka dań do wyboru – sałatki:
pomidorowa, arabska. Zypy: z soczewicy i warzywna. Ryż. Humus. Chlebki.
Oczywiście do bólu herbata – tym razem znakomita z miętą. I woda butelkowana.
Po kolacji cześć artystyczna. Jeden Beduin grał na czymś w
rodzaju gitary/mandoliny a drugi na bębenku. Nie wiem jak nazywają się te
instrumenty.

Do tego do dyspozycji shisha.
Wieczór upłynął w miłej atmosferze. Razem z nami w campie
było kilka osób – 3 Francuzów, którzy kupili kompletne stroje beduińskie,
Australijczyk, 4 Czechów, Chińka, Holender no i my.
Po wyjściu z zamkniętego namiotu naszym oczom ukazało się
niebo z trylionem gwiazd. Takiego widoku nie da się opisać. To trzeba zobaczyć.
Noc była zimna. Ja jednak byłem przykryty kocem z wielbłąda,
który grzał niemiłosiernie.
Śniadanie było już od godziny 7 rano. Oczywiście śniadanie
jordańskie – chlebki, jajko na twardo, serek, humus, oliwa, oliwki, pomidory i
herbata. Dało się zapchać.
Większość z obecnych wyjeżdżała już w dalszą drogę więc
wywieziono ich z pustyni do wioski, gdzie mieli inne transporty. My natomiast
zostaliśmy wzięci na dwugodzinny objazd po pustyni. Jechaliśmy mocno
zdezelewoną toyotą. 
Oczywiście toyota jak to toyota dawała radę.
Na początek pojechaliśmy Red Sand Dunes. Gdzie zjechaliśmy sobie kilka razy na desce –
raczej nie udolnie, ale zabawa przednia. 
Tam też przyjechał jakiś inny Beduin,
który poczęstował nas a jakże herbatą – wreszcie nie tak bardzo słodka i z
dodatkiem mięty. Do tego jak zwykle papierosek.

Następnie pojechaliśmy do Nabataean Temple. Ruiny czegoś w rodzaju świątyni?
Dalej pokręciliśmy
się po pustyni by pojechać do Lawrence Spring. Widzieliśmy w jaki sposób
z wysokich partii gór pozyskuje się wodę.
Następnie
pojechaliśmy do Khazali Canyon. Piękny kanion, który ozdobiony jest
podobno autentycznymi inskrypcjami.

Na tym nasza
dwugodzinna wycieczka miała się zakończyć, jednak namówiliśmy naszego
przewodnika, żeby zabrał nas w jakieś ciekawe miejsce. Daliśmy mu do łapki 5
dinarów i zawiózł nas do ciekawego mostka skalnego.
A żeby było to
kawałek od głównego szlaku więc nasza wycieczka wydłużyła się o jakieś 40
minut.
Po tym zawiózł nas
do wioski do domu szefa. Tam oczywiście herbata, papieros. Zapłąciliśmy po 35
JD za nocleg, śniadanie, obiad i jeepy. Wzięliśmy samochód i pojechaliśmy w
dalszą drogę.

Cdn


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *