Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznawane jest za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego użyj wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3840

Dojechaliśmy do Tbilisi punktualnie.
Można regulować zegarki wg kolei gruzińskiej. Może ktoś z PKP tam pojedzie i spyta jak to się robi…

Niestety przegapiłem stację Didube.
Naszym celem na ten dzień było Kazbegi zwane Stepancminda (obecna oficjalna nazwa).
Wysiedliśmy na głównej stacji w Tbilisi – taki Dworzec Centralny.
Oczywiście stąd do Kazbegi nie można się było dostać. Obskoczyli nas taksówkarze. Za 5 lari chcieli nas podwieźć do Didube. Poszliśmy jednak pieszo…
Oczywiście przez targ, gdzie kupiliśmy genialne sery i jeszcze bardziej genialne wino w butelce plastikowej po wodzie. Jak się okazało wieczorem opakowanie to nic… najważniejsza jest zawartość, a ta była genialna.

Psy o 7 rano nie chciały nam towarzyszyć. Smacznie sobie spały.

Po dotarciu na Didube obskoczyli nas taksiarze. My szukaliśmy marszrutki. Z każdym naszym krokiem cena u taksiarzy malała. Zaczynała się od 200 lari. Przy 70 już zaczęliśmy się zastanawiać nad tą formą. Ostatecznie skończyło się na 50 lari za przejazd 150 km wygodną toyotą 4×4.
Dodatkowym plusem było to, że kierowca zatrzymał się 3 razy na trasie do Kazbegi.

Pierwszy przystanek to zamek Ananuri – świadek kilkunastu bitew.
Trzeba przyznać, że bardzo ładnie odnowiony.
W otoczeniu pięknych błękitnych wód zalewu żinwalskiego robi wrażenie.

 Widoki z każdym kilometrem coraz bardziej rozpieszczały oczy.
Góry stawały się coraz wyższe.
Pogoda coraz lepsza. A temperatura coraz niższa.
Piękne niebieskie niebo nie wskazywało kłopotów, które miały nastąpić w kolejnym dniu.

Punktem kulminacyjnym Gruzińskiej Drogi Wojennej – jedynej drogi łączącej Rosję z Gruzją, jest przełęcz Krzyżowa.
Najwyższy punkt na drodze położony jest na wysokości 2379 m n.p.m
Majestatycznie…

Po drodze mijaliśmy około 10 km kolejkę ciężarówek czekających na dojazd do granicy z Rosją (była niedziela).
Trasa dzisiaj przebiegała bez problemowo. Oczywiście po drodze na drodze były mnóstwo zwierząt…
Konie, osły, owce, krowy…
Wyprzedzanie na trzeciego, na czwartego…
Klaksony…
O dziwo kierowca nie palił w samochodzie… wykorzystywaliśmy na to postoje…
Po dojechaniu i zapłaceniu 50 lari rozpoczęliśmy szukanie Maji Sujashvili.
Kobiety polecanej na wielu polskich forach.
Szukaliśmy dosyć kilkanaście minut. Wszyscy znali, wszyscy tłumaczyli jak dojść, ale nie mogliśmy znaleźć. Dopiero sama Maja słysząc język polski wyszła nam na przeciw.
Musicie uważać bo korzystając z dużej popularności Maji w Polsce, w Kazbegi podszywa się pod nią wiele innych Mai 🙂
Maja ma stronę na Facebooku
https://www.facebook.com/profile.php?id=100007525424482&ref=ts&fref=ts
Jest z nią bardzo dobry i szybki kontakt.
Dodam, że nocleg u Mai kosztuje 25 lari za osobę. Śniadanie 10 lari. Obiad 15 lari.
Dom z zewnątrz wygląda… średnio. Ale dom to ludzie, a Maja jest genialną osobą…
Jest bardzo czysto. Pościel pachnąca. Wifi działa świetnie. Jedynie co, teraz już wiem że Mai trzeba przypominać cały czas o posiłkach. Ja przez FB pisałem jej, że chcemy obiad i śniadanie. Niestety Maja zapomniała o tym… trudno. Zjedliśmy resztki po innych gościach z Polski 🙂

Po krótkim ogarnięciu się i zapoznaniu się z inną parą z Polski ruszyliśmy z nimi w góry.
Niestety było już dosyć późno. Pierwotnie myślałem, że uda się dojść do Stacji Meteo. Jednak już teraz wiedziałem, że nie będzie to możliwe.
Wyszliśmy w 4 osoby do „centrum” Kazbegi. Szybko złapaliśmy gościa z terenówką i nie tracąc czasu na mało atrakcyjne podejście pod Cminda Sameba, czyli majestatycznego monastyru prawosławnego położonego u stóp Kazbegu.
Po kilkunastu minutach dojechaliśmy terenówą pod Kościółek.
Zapłaciliśmy za 4 osoby 40 lari.

Kościółek znajduje się na wysokości 2170 m n.p.m
Cel wielu wypraw czyli Kazbek ma wysokość 5033 m npm

Sam monastyr, jak monastyr. Bardzo maleńki i w sumie nieciekawy. Jednak w tych otoczeniach przyrody robi tak ogromne wrażenie, że chciałoby się na niego patrzeć i podziwiać bez końca… W środku jeden mnich, który pilnuje porządku. M.in tego, żeby żadna kobieta nie weszła do środka w spodniach oraz żeby nie robić zdjęć w środku.

Z naszymi nowo poznanymi znajomymi Martą i Michałem postanowiliśmy, że pójdziemy chwilę szlakiem na Kazbek. Była już dosyć późna pora (13.00) więc postanowiliśmy, że pójdziemy około 1,5h w jedną stronę a następnie zawrócimy.
W zasadzie doszliśmy do nikąd… ale i tak było fajnie 🙂

 Po drodze mijamy ostrzeżenie, że Kazbek, nie lubi singli…
Kilka kroków dalej mijamy tablicę pamiątkową. 4 Polaków zginęło schodząc z Kazbeka. Jak widać Kazbek nie lubi nie tylko singli…

 Droga pięła się coraz to wyżej.
Pogoda zmieniała się z każdą sekundą.
Chmury spowiły góry.
Mgła przysłaniała widok.
Z nieba zaczynał powoli lecieć drobniutki śnieg.
Tylko psy nie wzruszenie leżały.
Gdy tylko nas zwietrzyły oczywiście doczepiły się do nas. Przeszły jeszcze z nami kilkanaście minut w górę. Poczym wróciły również z nami w dół.

Szczerze przyznam, że powietrze stawało się coraz bardziej gęste. GPS pokazywał, że byliśmy na 2600 nie wiem czy to prawda, i trochę nie wydaje mi się żeby tak było…
Zawracamy.
Droga w dół na tym etapie łatwa i przyjemna.
Doszliśmy do spowitego w mgle monastyru.

Droga w dół od Kościoła jest trudna. Stromo, ślisko….
Ale udało się dojść do Gergeti a następnie do Kazbegi.

Uzupełniliśmy zapasy chleba, wina i piwa w pięknym markecie…

Po czym udaliśmy się do Mai domu.

U Mai spotkaliśmy świetnych Polaków. Oprócz już wcześniej spotkanej pary, z którą byliśmy w górach. U Maji nocowała trójka przesympatycznych Polaków z Jasła.
Genialni ludzie.
Rozmowy Polaków przy gruzińskich specjałach trwały do późna…
Nic nie wskazywało na to, co będzie się działo następnego dnia.

Poranek przywitał nas solidną porcją śniegu. Tak na oko z 15 cm. Do tego temperatura około -5 stopni. I mamy przepis na nieprzejezdne drogi…

W zasadzie nie powinno to dziwić zważając na fakt że jesteśmy prawie 2000 m npm a tydzień wcześniej spadł śnieg w Zakopanem… ale jednak dziwiło.
Maja zadzwoniła do gościa – mieliśmy mieć marszrutkę o godzinie 10. Oczywiście marszrutka stała. Jednak gość powiedział, że z nim nie pojedziemy. Zabrał miejscowych a nam powiedział, że za chwilę będzie inna marszrutka, że on już dzwonił, żeby tamten kierowca nas zabrał.
Do 11.30 nic nie pojawiło się. Pogoda z każdą chwilą stawała się coraz gorsza. Temperatura spadała. Śniegu przybywało. Droga pokryła się lodem…
Ceny taksówek wzrosły do 200 lari (i co ciekawe nie spadały).
My musieliśmy się wydostać z Kazbegi… jacyś Anglicy załatwili gościa z terenówką za 200 lari. Po chwili rozmowy z kierowcą cena dla naszej dwójki spadła do 60 lari (wy druzja z Polszy!). Anglicy zapłacili resztę…
Pożegnaliśmy się z naszymi znajomy z Polski, którzy postanowili czekać na marszrutkę… nie wiem czy wyjechali w tym dniu z Kazbegi.
Droga była masakryczna. Lód na drodze. Auta bez łańcuchów stawały w poprzek. Tiry zablokowały drogę. Auta wpadały do rzeki.

 Policja zablokowała drogę tuż przed przełączą. Nie wpuszczane były przynajmniej w teorii aut bez łańcuchów. Nasz samochód nie miał łańcuchów ale był 4×4 i jechaliśmy śmiało. Wjazd na przełęcz był trudny, ale dla naszej terenówki prawie niezauważalny.
Jednak zjazd z przełęczy to masakra. Zapięte wszystkie koła na nic się zdawały. Kilka razy otarliśmy się o lny zabezpieczające drogę przed spadnięciem w przepaść.
Z samej przełęczy zjeżdżaliśmy około godzinę.
Po drodze mijając ogromne stado owiec…

Około 15 dojechaliśmy.
Spoceni z wrażeń…
Udało się, żyjemy…

Z Didube pojechaliśmy marszrutką do Mcchety.
cdn.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *