Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

Ponoć kiedyś na Rynku Lwowianie nie mieli numeru 13. Teraz już mają i nam przyszło tam mieszkać. Jak się później okazał, żadnego pecha nie mieliśmy. Wybudziliśmy Panią recepcjonistkę z głębokiego snu, ale tu przywitała nas niezwykła gościnność. Pomimo tego, że dobę mieliśmy dopiero od 13, Pani ugościła nas kawą i uraczyła rozmową, poleciła, gdzie zjeść śniadanie i pozwoliła zostawić bagaże. Bardzo wolno raczyliśmy się smakowitą kawą – gdyż dopiero od 8 otwierały się pierwsze knajpy.
Po wyjściu na światło dzienne okazało się, że Lwów tak za bardzo nie garnie się do obudzenia. Ludzie powoli snuli się do pracy, jakby raczyli się tymi ostatnimi chwilami „wolności”…Wszystkie witryny uzyskiwały dostęp do życia, gdzie Panie skrzętnie pucowały pozostałości dnia poprzedniego. Stare samochody mówiły – zostawcie nas w spokoju – „śpimy”
Obrazek
Aż mu antenka oklapła :mrgreen: 


Obrazek
Lwów o 7.50 w piątek :D 


Obrazek
Kościół otwarty od rana


Przed śniadaniem jakoś zdjęć nie udało się porobić. Przyszła pora na jedzenie. 
O fenomenalnej kuchni lwowskiej czytałem i słyszałem wiele.
Wstąpiliśmy do zachęcająco wyglądającej restauracji Centaur na Rynku. Byliśmy oczywiście pierwszymi gośćmi bo i pora była iście poranna :oczko_usmiech: Ale dlatego, że byliśmy sami, a obsługa chyba chciała się rozkręcić byliśmy obsługiwani wręcz królewsko :D 
Po tym co zobaczyliśmy wiedzieliśmy, że wybór restauracji był bardzo dobry. W przeciągu kilku chwil restaurację odwiedziło kilku „świeżych” dostawców, z owocami, warzywami i innymi specyjałami. I nam się trafił fenomenalny omlet, znakomity crossaint i jajecznica która w rzeczywistości była fenomenalnie przyrządzonym jajkiem sadzonym posypanym świeżutkim szczypiorkiem. Do tego genialna kawa i powoli życie nabierało smaku. Pora wyjąć notatki, mapki i w drogę…
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Katedry Ormiańskiej pw. Wniebowzięcia NMP przy ulicy Wirmeńskiej. Wejście dosyć niepozorne i nie sposób go przeoczyć. Wnętrze katedry jest bardzo kolorowe, z pięknymi wzorami. Co więcej dane było nam uczestniczyć w nabożeństwie w stylu ormiańskim. Bardzo ciekawe doznanie. 


Obrazek
Obrazek
Obrazek
Po wyjściu z Katedry mijamy targ tzw. Wernisaż można tam kupić różnego rodzaju dzieła sztuki ludowej. Nie wiem czy wartościowe bo się na tym nie znam, ale były ciekawe okazy.
Następnie mijaliśmy niezwykle ciekawy sklep sprzedający ręcznie wykonane kafle i ceramikę. Ucięliśmy miłą pogawędkę z Panią.
Obrazek
Obrazek
Dalej po drodze takie perełki.
Obrazek
Dalej poszliśmy do Kościoła Dominikanów. Znakomita budowla z XVIII w. Obecnie jest to świątynia grekokatolicka pod wezwaniem Najświętszej Eucharystii. 
Niestety w środku wszystko zagrodzone i nie można robić zdjęć. Za budynkiem kościoła znajduje się plac z posągiem mnicha Iwana Fedorowicza, który ponoć przyniósł pismo do Lwowa. Co ciekawe teraz na tym placu spotykają się ci którzy mają na zbyciu stare książki.
Obrazek
Po drodze takie perełki
Obrazek
Dalej poszliśmy do Aresnału. Ciekawy zestaw militariów z różnych epok. W środku oczywiście nie można fotografować.
Obrazek
Obrazek

Obrazek
Na tyłach Arsenału znajduje się dzielnica żydowska. Niestety dawna Synagoga Pod Złotą Różą to wykopana dziura ogrodzona płotem z blachy. Na płocie znajdują się jedynie obrazki jak wyglądała Synagoga i plany jej rewitalizacji.
W pobliżu pozostałości po Euro 2012
Obrazek
W pobliżu ruin Synagogi ciekawy sklep/winiarnia/restauracja.
Obrazek
Obrazek
Idziemy dalej spacerowym krokiem. W takich lejzy chwilach przypomina się zawsze pogoń za dzieciakami, którzy nie zawsze pozwalają kontemplować się chwilą. Naszym celem jest jedna z bardziej charakterystycznych budowli Lwowa czyli Kościół Bernardynów. Nie muszę chyba mówić że pech nas prześladuje i kolejny kościół zamknięty a w środku wielkie sprzątanie. 
Obrazek
Co nie co udaje się zobaczyć, ale nie ma lekko.
Obrazek
Na dziedzińcu znajduje się ciekawa studnia
Obrazek
A w bezpośrednim sąsiedztwie posąg Króla Dinała. Czyli ojciec słynnego Lwa – założyciela Lwowa.
Obrazek
Czas szybko i nieubłaganie leciał. Wybiła godzina 13 i mogliśmy się udać do naszego hotelu, żeby już na dobre zobaczyć nas pokój.
Obrazek
Jeszcze raz podkreślę, że hotel wobec swojego położenia, czystości i uprzejmości personelu jest znakomitą bazą wypadową do zwiedzania Lwowa. …
dy zapadł zmrok wyruszyliśmy na wieczorne zwiedzanie Lwowa.
Rynek w blaski latarni i iluminacji wyglądał przecudownie
Obrazek
Obrazek
Postanowiliśmy coś przekąsić. 
Na wielu forach czy też blogach czytałem, że kuchnia lwowska i knajpy lwowskie to światowa ekstraliga.
Na pierwszy rzut poszedł Dom Legend, czyli 5-piętrowa kamienica, 
Obrazek
Obrazek
a każde piętro opowiada inną legendę miejską.
Na początek udaliśmy się na dach a tam stał sobie trabant. I dodatkowo taka perełka
Obrazek
My wybraliśmy legendę książki, bo wszystkie inne piętra były szczelnie wypełnione przez gości.
Na pierwszy strzał poszło legendarne piwo Stare Misto – G E N I A L N E.
Dostaliśmy do niego nachosy, ale bardzo nietypowe. Domowej roboty maca w kształcie naczosów polana śmietaną i posypana świeżym szczypiorkiem. Majstersztyk. Aż wstyd że u nas co najwyżej można dostać deskę serów lub orzeszki.
Co ciekawe, że w restauracji był zakaz fotografowania. Na danie główne zamówiliśmy zapiekankę z kurczaka i ziemniaków w delakitnym sosie musztardowym. Kolejne arcydzieło. Na deser kolejne piwko tym razem Awtorskie. Kolejny majstersztyk.
Aż żal było wychodzić, ale postanowiliśmy się przejść i zobaczyć inną ciekawostkę lwowskiego świata knajp – Masoch Cafe. Czyli hołd złożony dla twórcy sadomasochizmu, który pochodził właśnie ze Lwowa.
W środku początkowo dosyć pusto. Przywitały nas takie o to ryciny
Obrazek
Obrazek
Co ciekawe w środku sporo kajdanek, masek, biczów, pejczów – czyli swojsko.
Menu dosyć oryginalne – żona nabrała ochoty na afrykańską maczugę (uspokajam to tylko banan zanurzony w czekoladzie), ja miałem ochotę tylko na browarek i coś mocniejszego. Postanowiliśmy wypróbować legendarne napitki Gazówkę, Naftówkę i inne.
Obrazek
Napitki oczywiście gienalne. Co ciekawe dostałem jedzenie którego nie zamawiałem kurczak w sosie pieczarkowo śmietanowym z fenomenalnymi pieczonymi ziemniaczkami. Nie zamawiałem, ale wyglądało tak, że oczywiście nie protestowałem. I w zasadzie dobrze postąpiłem.
Na koniec można było poprosić o wybiczowanie przez Panią lub Pana do wyboru.
Obrazek
Rachunek dostaje się w stylowej szpileczce
Obrazek
Noc była w pełni więc pora iść do siebie. Ponieważ piwko było znakomite postanowiłem dokupić sobie jeszcze Lwowskie do pokoju. O dziwo w sklepie można kupić alkohol tylko do 22. Oczywiście Pani ponarzekała, coś tam pogadała, ale sprzedała (pomimo, że była 1 w nocy). Czyli dobrze mi z oczu patrzyło. Dalej wiadomo… pokój, piwko, łóżko, itd. Itp. Pierwszy dzień we Lwowie przeszedł do historii.
Obrazek

Kolejny dzień. Pogoda znowu raczej nijaka. Na szczęście nie lało. Pierwsza myśl. Co by tu zjeść. I przede wszystkim gdzie. 
Mnie po głowie chodziła Puzata Chata czyli sieć ukraińskiej kuchni domowej. Wprawdzie pani z hotelu mówiła, że nie poleca, że drogo i niezbyt dobrze, ale ja czytałem na forach polecenie tej knajpy. Więc udaliśmy się na Prospekt Szewczenki do lokalu. 
I muszę przyznać, że było przyzwoicie. W skrócie sieć ta preferuje kuchnię tradycyjną – na żywo smażone jajka, omlety. Bardzo dobre kotlety (na śniadanie) ziemniaki (również na śniadanie) piwo (mówią że z rana jak śmietana – ja jakoś nie próbowałem) Cóż mówić – to trzeba samemu spróbować. Nam smakowało i co ważne za 80 hrywień pojedliśmy dosyć mocno.


W tym dniu postanowiliśmy oddalić się od centrum i zobaczyć trochę prawdziwe życie Lwowian. Pojechaliśmy autobusem do centrum handlowego na obrzeżach Lwowa. A że odległość była dosyć spora to mieliśmy okazje pooglądać trochę blokowisk i normalności.
Pierwszy szok w autobusie. Za przejazd płaci się 2 hrywny u kierowcy. Jednak gdy ktoś nie zdążył i wsiadł innymi drzwiami niż te koło kierowcy, nie przeciskał się przez współpasażerów by podać 2 hrywny, ani też nie ukrywał się przed zapłatą, tylko grzecznie podał pieniądze innym pasażerom a banknot/y grzecznie i płynnie docierały do kierowcy. Co ciekawe jeżeli ktoś dał więcej reszta wracała do nadawcy. Niesamowite. Czy wyobrażacie sobie to u nas? Ja niestety nie….
Kolejny szok to pirackie płyty audio, dvd, gry na konsole dostępne normalnie w sklepach. Za 10 zł można było legalnie nabyć to co nas interesowało. Na konsole były dostępne wszystkie tytuły Audio pozostawiało trochę do życzenia. Co ciekawe za ok. 20 zł można było mieć podobno oryginalną płytę. Ale jaka ona tam oryginalna tego nie wiem.
Kolejny szok przynajmniej dla nas to zaopatrzenie sklepu w wina. Było tego z 5 ogromnych regałów. Oczywiście wina ukraińskie wylądowały w naszym koszyku…
Kolejny szok to całkowity brak strojów futbolowych reprezentacji Ukrainy…a był to nasz cel wyprawy do centra.
No cóż, ale nie dla centra handlowego przyjechaliśmy do Lwowa, więc w zasadzie dosyć szybko wróciliśmy na Rynek…Oczywiście w autobusie wycieczka 2 hrywień często się powtarzała bo i tłoczniej się zrobiło.
Po przyjeździe postanowiłem wejść na wieżę Ratusza na Rynku. Samotnie, bo moja małżonka jakoś nie lubi wysokości. Wejście dosyć męczące, ale dałem radę. Wiało przepotwornie, ale warto było…
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
A tu trabant, o którym wspominałem.
Obrazek
Mechanizm zegara na wieży
Obrazek
A na ziemi…Ciekawostka – motorniczymi są tylko kobiety, niektóre ubrane w stroje ludowe…
Obrazek
Idziemy dalej przez Plac Mickiewicza i Tarasa Szewczenki…
Tu nasz Wieszcz…
Obrazek
A tu Ich wieszcz…
Obrazek
A na placu, chyba przed ślubem, albo może już po…weselny toast – zapewne świadkowie i para młoda, co tam sączyli to nie wiem, ale było na dwie nóżki
Obrazek
Obrazek
I taka perełka
Obrazek
Dalej idziemy w kierunku Soboru Świętego Jerzego. Odwiedzamy sklep firmowy zespołu Karpaty Lwów. Oczywiście koszulki Ukrainy nie mogę kupić, nabywam jedynie dla młodego koszulkę Karpatów.
W sklepie mini wystawa trofeów i koszulek.
Obrazek
Odwiedzamy Pałac Potockich. Wnętrza przepiękne, ale oczywiście zakaz fotografowania.
Obrazek
Obrazek
Dalej po drodze przepiękny kościółek
Obrazek
Idąc dalej zauważamy dosyć dziwne zjawisko – parkujące samochody na środku ulicy
Obrazek
Idziemy dalej do Kościółka Św. Marii Magdaleny. Niestety zamknięty. A w przewodniku wnętrze wyglądało obłędnie.
Obrazek

Następnie przechodzimy do Katedry Świętego Jura (Świętego Jerzego). Sobór wraz z dzwonnicą, budynkami kapituły oraz pałacem metropolitów tworzy barokowo-rokokowy kompleks, który otoczony jest murem. Całość wybudowana została na Wzgórzu Świętojurskim. 
Obrazek
Obrazek
Do głównego wejścia prowadzą schody dosyć zniszczone, ale widać, że już zamierzają je remontować. 
Obrazek
Dopiero po wejściu do środka widzimy majestat tego miejsca. Gdzieś czytałem, że wiele osób uważa, że jest to jeden z najpiękniejszych europejskich zabytków końca epoki. My mieliśmy duże szczęście bo trafiliśmy akurat na chrzciny w obrządku grekokatolickim. Niesamowite doznanie. A śpiew na kilka głosów wzbudzał ciary…Spędziliśmy tam trochę czasu, a po wyjściu pooglądaliśmy Pałac Metropoliów w którym to zatrzymał się na nocleg papież Jan Paweł II podczas swojej wizyty we Lwowie.
Obrazek
Sobór jest wpisany na listę UNESCO w naszej opinie w pełni zasłużenie…
Idziemy w stronę centrum przez Park Franka, 
Jacyś Panowie grają sobie w jakąś grę…
Obrazek
mijamy gmach dawnego Kasyna Szlacheckiego i budynek Uniwersytetu
Obrazek
Po drodze kilka ciekawostek
Obrazek
Panie milicjantki strzelone z ukrycia
Obrazek
Wolnym krokiem wychodzimy na Prospekt Swobody a tam gwar, mnóstwo malutkich autek dla dzieciaków, dorożki…
Obrazek
Kupujemy bilet na operę Trubadur i postanawiamy coś wrzucić w restauracji Lewy Brzeg znajdującej się w podziemiach budynku Opery. Ciekawostką jest fakt, że budynek ten powstał na rzece a w podziemiach ta rzeka w kontrolowany sposób przepływa przez restaurację. W środku przywitała nas Pani i nakazała nam przebranie się w stroje z Opery…
Wystrój bardzo ciekawy…mnóstwo instrumentów, na których można pograć
Obrazek
Bardzo dużo zdjęć i obrazów i dodatkowo sztalugi, na których można malować.
Oczywiście na powitanie lwowskie piwo…nie muszę mówić, że znakomite. Jedzenie to potrawy polecane przez artystów Opery Lwowskiej.
Ja postanowiłem spróbować barszczu ukraińskiego…jasna sprawa że znakomity, a do niego fenomenalny chleb…próbowałem się dowiedzieć jaki to rodzaj, ale mimo wysiłków nie udało się… 
Małżonka moja potrafi zaskakiwać i powiedziała, do Pani kelnerki, że chce to, co sama kelnerka by zjadła…namysł jej był długi, a po kilku chwilach ukazał się wielki pieróg, który nazywał się kebab…ale ani to nie był kebab, ani pieróg, ani gyros…nazwa więc nieznan, ale smak znakomity, fenomenalny… poezja smaku…Ja na drugie danie powtórzyłem piwko…
Było żal, ale musieliśmy się zbierać, wystroić się na przedstawienie w Operze…
Obrazek
A ponieważ ciężko we Lwowie iść w pośpiechu po drodze kilka perełek – tu Czarna Kamienica
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Budynek Opery robi ogromne wrażenie…tak ogromne że aż nie mam zdjęć ze środka.
Przedstawienie, jak przedstawienie…ale atmosfera genialna, magiczna…warto odwiedzić to miejsce…
Po operze przyszedł czas na wieczorny spacerek uliczkami starego miasta uwieńczony wizytą w kolejnej knajpianej perełce czyli Hasowej Lampie.
Ludzie skąd oni biorą te pomysły. Tutaj mamy do czynienia z knajpą stylizowaną na szyb naftowy. Wita nas Pan Latarnik a dalej schody, na których ruch sterowany jest światłami. Co jakiś czas pojawiały się dymy…do tego oryginalny wystrój, no bosko…
Oczywiście do wypitki Gazówka, Naftówka, Diesel i inne…ale ja kontynuowałem piwny smak… tym razem Cziorne – dosyć mocny ale znakomity porter a do tego Warienki. Podane oczywiście ze śmietaną i szczypiorkiem…Ach cóż to był za smak…nie powiem nasze pierogi wcale nie są gorsze, jednak podawane w taki sposób zyskują na smaku…
Po takim dniu potwierdzam Lwów to obowiązkowe miejsce każdego podróżnika…
Takiego klimatu nie ma nigdzie…takich knajp nie ma nigdzie…takich ludzie też ciężko znaleźć
GIENIALNE miejsce…

…W ostatnim dniu śniadanko w Puzatej Chacie (jednak nam zasmakowało tam :lol: ) koło Opery. Na żywo mieliśmy przygotowywane posiłki, rzec można rękodzieło…z wielkim pietyzmem Pani przygotowywała jajka sadzone, które tam nazywają jajecznicą, oraz przepyszny omlet z żółtym serem i szczypiorkiem… Do tego fenomenalny serniczek na ciepło i kawa i można było ruszać dalej…. :nice: 


Szukaliśmy też Bazaru Krakowskiego, ale miła Pani wyjaśniła nam, że w niedzielę nieczynne. 
Zatem obraliśmy kierunek na jeden z ważniejszych zabytków Lwowa, czyli Cmentarz Łyczakowski wraz z polskim cmentarzem Orląt Lwowskich. Można dojechać tramwajem nr 7, ale my postanowiliśmy pójść na nogach…
Po drodze jeszcze weszliśmy do Katedry Ormiańskiej
Obrazek


Dalej kolejny szok – beczkowóz z wodą – za 0,60 hrywni/litr, co ciekawe bardzo dużo chętnych
Obrazek


I kolejne perełki
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek
Obrazek


I po kilku kolejnych krokach dotarliśmy do bram cmentarza Łyczakowskiego…nikt nie pilnował, ale uczciwie zapłaciliśmy 10 hrywień za wejście. :roll: 
Akurat po cmentarzu chodziła polska wycieczka, więc podsłuchaliśmy co niektóre z ciekawych historii. Jedna z nich przyziemna…pomimo tego, że obecnie Cmentarz to muzeum, można załatwić sobie miejsce na tym cmentarzu za jedyne 10 tys dolarów… 8O 


Tu nagrobek w kształcie sejfu…w środku tylko jedno ciało a legenda głosi że zapomniano szyfru
Obrazek


Oczywiście wielcy Polacy
Obrazek
Obrazek
Obrazek


Niesamowity nagrobek Marii Konopnickiej
Obrazek


Dalej często niebywałe nagrobki i związane z nimi historie. Tutaj psy, które pilnowały swojego Pana po śmierci, nie pozwoliły nikomu się zbliżać, same nie przyjmując jedzenia zmarły przy grobie. Na pamiątkę postawiono taki nagrobek.,,
Obrazek


Niektóre nagrobki to arcydzieła…przynajmniej w moim odczuciu…
Obrazek


Po kilku krokach doszliśmy na Cmentarz Orląt Lwowskich…
Przed wejściem dyplomatyczna tablica
Obrazek


…wszystkie ukraińskie wycieczki tam już nie wchodziły, więc w tej części panowała zupełna cisza, a spory wiatr potęgował wrażenie zadumy i refleksji…


Powiem szczerze, że miejsce to faktycznie jest tajemnicze i wzbudza refleksję…pozostawiam bez komentarza…
Obrazek
Obrazek
Obrazek


W znajdującej się kaplicy spotykamy miłego człowieka z Towarzystwa ochrony cmentarzy polskich, z wielkim przejęciem opowiada nam historię tego miejsca…oczywiście co łaska wrzucamy na działalność towarzystwa i żegnamy się… człowiek ten widać był przepełniony wielką pasją i zapewne gdyby nie tacy jak on to miejsce teraz byłoby wysypiskiem śmieci…
Obrazek

Po wyjściu z Cmentarza postanowiliśmy wrócić tramwajem…wiedziałem, że to ma być tramwaj numer 7, ale wolałem się upewnić. Miła Pani potwierdziła mi to…powiedziała gdzie wysiąść, ile bilet kosztuje i że muszę kupić u motorniczej… :) 
Gdy podjeżdżał tramwaj ku naszemu zdziwieniu podjechała po tę Panią taksówka…ona jak gdyby nigdy nic zaproponowała, że jedzie niedaleko Rynku, więc może nas podwieźć i żebyśmy się nie bali bo nie musimy płacić…podziękowaliśmy bo chciałem się przewieźć tramwajem…ale był to szok dla nas… 8O 
Obrazek
Wysiedliśmy przy targu książek. W tym dniu było tam bardzo dużo ludzi…zarówno kupujących, jak i sprzedających. Dużo było też różnych pamiątek wojskowych zarówno ukraińskich, jak i cccp. 8O 
Obrazek
Obrazek
Była niedziela, więc postanowiliśmy zobaczyć kościoły, które były zamknięte lub nie w pełni dostępne w poprzednie dni. Na początek Cerkiew Uspieńska. Niestety pojawił się kolejny „problem” – nabożeństwa… W związku z czym nie chcieliśmy zakłócać nabożeństw i zrezygnowaliśmy ze zwiedzania…Co ciekawe inne wycieczki w tym polska, bez żadnych skrupułów przelewały się przez ww. Cerkiew… :oops: 
Obrazek
Na tyłach przepięknej Cerkwi takie oto podwórko
Obrazek
Pokręciliśmy się zatem po uliczkach odchodzących od rynku, pooglądaliśmy niesamowite sklepy z czekoladą i cukierkami i skierowaliśmy nasze kroki do Kopalni Kawy…Nieziemskie miejsce, w którym podobno od podstaw obrabiana jest kawa. Zapach jaki się tam unosił, był niepowtarzalny. Żałować można, że pomimo takiej techniki jak mamy teraz nie można przenosić zapachu… :o 
Obrazek
Obrazek
Miejsce to jest palarnią kawy, muzeum kawy, kawiarnią, sklepem… punktem obowiązkowym dla każdego miłośnika tego boskiego wyrobu…
Obrazek
Oczywiście zasiedliśmy…dla mnie przepyszne espresso, torcik kawowy i kieliszek koniaku proszę…dla żonki latte z likierem kawowym i serniko-makowiec poproszę…
Oczywiście nie muszę mówić, że było bosko…
Po konsumpcji zeszliśmy do rzeczonej kopalni… w podziemiach stylizowanych na korytarze kopalniane unosił się zapach kawy… ściany zamiast węgla wypełnione były kawą…a wokoło w pośpiechu fedrowali górnicy… dostaliśmy nawet karbidówkę, żeby można było wszystko podziwiać…
Obrazek
A tu jeszcze jedna sala po wyjściu z kopalni
Obrazek
Oczywiście do domu przyjechała kawa i stylowa filiżanka do espresso…
Na koniec postanowiliśmy dokładniej zobaczyć Rynek (chociaż już kilkanaście razy przez niego przechodziliśmy)… Za każdym jednak razem można było zobaczyć coś nowego, jakiś nowy szczegół, jakąś nową architektoniczną perełkę…
Na przykład dokładnie obejrzana Czarna Kamienica
Obrazek
Brama z polskimi napisami wplecionymi w nowy tynk
Obrazek
Wycieczki dosyć osobliwym rowerem :D 
Obrazek
Piękne Lwowianki :lol: 
Obrazek
Jeszcze wizyta w Katedrze pw. Wniebowzięcia NMP, gdzie właśnie odbywało się nabożeństwo po polsku…
Obrazek
Obrazek
Jeszcze wizyta w piwnym tramwaju
Obrazek
I gryz kulebiaka w fenomenalnym barze pod numerem 14 na Rynku, gdzie na naszych oczach powstawały arcydzieła na słodko lub na ostro…
Obrazek

Ostatnie chwile postanowiliśmy spędzić w Restauracji Złota Róża w dzielnicy żydowskiej.
Obrazek
„Szalom” przy wejściu przywitała nas obsługa…”Szalom” odpowiedzieliśmy…
Zasiedliśmy na balkonie i po krótkiej chwili przyszedł do nas miły kelner, który łamanym ukraińsko-polsko-hebrajsko-angielskim poinformował nas, że dzisiaj będzie nas obsługiwał, że karta nie ma cen i że będziemy się targować… 
Karta lokalu dosyć skromna acz konkretna…najlepsza sekcja przystawek…
Oczywiście w karcie brak wieprzowiny….Piwo na szczęście jest koszerne więc w pierwszej kolejności Stare Misto…w drugiej kolejności talerz zakąsek po żydowsku…Fenomenalne smaki, niektóre pierwszy raz jadłem, np. humus…dalej przebajecznie delikatny śledź z marynowaną cebulką i ogóreczkami z czarnym chlebem…pora odpocząć….ale kelner nie pozwalał, a na stole pojawił się najlepszy barszcz czerwony, jaki jadłem…oczywiście ze sporą dawką śmietany…
Dość mówimy…ale, ale… przecież jeszcze danie główne, pieróg z warzywami i kurczakiem, zrobiony tak, że wprost rozpływał się w ustach…a nie w dłoni…
Przy wszystkim towarzyszyła nam muzyka grana na żywo przez dwóch panów…dużo nuty żydowskiej, ale też nad Niemnem, noce i dnie…
Obrazek
Przymierzyliśmy jeszcze pejsy,
no i nadszedł moment targu…
Mózg po tym wszystkim nie przetwarzał już tak jak należy, ale wyliczyłem, że wszędzie indziej dałbym około 250 hrywień. Kelner wiadomo zaczął od 350 – myślę sobie nie będzie lekko…ale realizowałem swoje założenia i stanęło na 240 hrywnach, prezencie od nas dla kelnera (w postaci długopisu z polskiego banku hehe) oraz prezentu kelnera dla nas, czyli po kieliszku znakomitej nalewki…
Pewnie gdyby przyszedł tutaj na początku pobytu we Lwowie to kwota 350 hrywień wydawałaby się śmieszna…a tak zapłaciłem jeszcze bardziej symboliczne 240…
No cóż czas się było pożegnać…jeszcze wieczorny spacer po Rynku…
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Kategorie: Moje podróże

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *