Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

Notice: Korzystanie z get_currentuserinfo uznane za przestarzałe od wersji 4.5.0! Zamiast tego należy użyć wp_get_current_user(). in /wp-includes/functions.php on line 3853

29 Dzień lutego, wyjątkowa data i wyjątkowy wyjazd.
Pierwszy
tak długi wspólny wyjazd od czasów ślubu.
Samolot
mieliśmy o godzinie 6.00, w związku z czym na lotnisku powinniśmy być o
godzinie 5.00. Byliśmy jednak tak podekscytowani tym wyjazdem, że wstaliśmy po
godzinie 3 J.
Jak to jest, że gdy trzeba wstać do pracy to jakoś się nie chce… a teraz już o
3 na równych nogach i bez przeciągania.
Auto
zostawiliśmy na parkingu pod lotniskiem – po co ma nas ktoś odwozić, jeżeli
koszt parkingu jest tak naprawdę symboliczny. Miły Pan podwiózł nas pod same
drzwi lotniska. Bez zbędnej zwłoki przeszliśmy przez odprawę bagażową. Bez
przeszkód prześlijmy do hali odlotów, wypiliśmy kiepską kawę na lotnisku za
ciężkie pieniądze i oczekiwaliśmy na odlot. Wywołanie odbyło się zgodnie z
planem 40 minut przed odlotem. Weszliśmy na podkład samolotu, zasiadliśmy na
miejscach – ja przy oknie. Miła Pani stewardessa poinformowała, że lot się
chwilę opóźni ponieważ czekamy na  jakieś
papiery. Na twarzach współpodróżników pojawił się niepokój. Na szczęście po
kilku minut kapitan poinformował, że startujemy. Rozpoczęła się tradycyjna
procedura startu i po kilku minutach byliśmy już w powietrzu.  Niestety niebo pokryte było chmurami i nic
nie było widać, co jest pod nami. Przed godziną 8 byliśmy już w pobliżu Rzymu.
Kapitan miękko posadził maszynę i byliśmy na ziemi włoskiej.

Witając nowy dzień

Ponieważ
nie mieliśmy bagażu rejestrowanego mogliśmy szybko wyjść z hali przylotów i
poszukać naszego autobusu do stacji Termini. Czekaliśmy grzecznie kilkanaście
minut na przystanku numer 3 – zgodnie z rozpiską, ale oczywiście, jak to w
Italii, porządek nie jest mocną stroną i autobus stał już dosyć długo na innym
przystanku, wakowaliśmy się rzutem na taśmę do autobusu i odjechaliśmy do
Rzymu. Po drodze legendarne rzymskie korki, lecz brawurowa jazda kierowcy
autobusu szybko doprowadziła nas do celu. Przed godziną 10 byliśmy już na
stacji w centrum. Po wyjściu „grzeczne” przywitanie przez grupę nachalnych
cyganek. Jednakże to nie zmąciło naszego spokoju i cieszenia się chwilą.
Poszliśmy do naszego apartamentu Dream
Station
tuż przy stacji Termini. Dzwonimy, dzwonimy, dzwonimy i …. Nic,
zero odzewu. Dodatkowo numer na rezerwacji jakiś trafny – nie działa. Zero
kontaktu. Na nasze szczęscie wchodziła, jakaś miła Pani z porannymi zakupami.
Utwierdziła nas w tym, że jednak Dream Station jest tam gdzie ma być i nie
pomyliliśmy się. Więc wjechaliśmy na 4 piętro i czekamy. Ponieważ, jak wiadomo
Google najlepszym przyjacielem sprawdziliśmy na necie numer i okazało się, że
na rezerwacji był błędny. Udało się, skontaktowaliśmy się z szefem, którym
biegle mówł po angielsku. Po kilku minutach pojawił się w apartamentach. Zameldował
nas, pokazał, co i jak, dał nam klucze, wziął kasę. I już, staliśmy się na
kilka dni obywatelami Rzymu – brzmi dumnie.

Demonstracja pod ministerstwem finansów

Stacja Termini

Pierwsze
kroki postanowiliśmy skierować do Willi
Borghese
i do ogrodów otaczających willę. Postanowiliśmy przejść tam
piechotą, a było to kilka kilometrów, jednak oszołomieni samą możliwością
chodzenia po Rzymie, nie zważaliśmy na odległości, co później okazało się
zgubne. Po mniej więcej godzinie dotarliśmy do bram ogrodu Willi. Po drodze
minęliśmy jakąś demonstrację pod jakimś urzędem.

Villa Borghese

Pogoda
była oszałamiająca – około 18 stopni. Ogrody rozkwitały, co poniektóre rośliny
olśniewały zielenią. Atmosfera niesamowita. Wiosna pełną parą. Willa robiła
wrażenie, jednakże wejście do niej raczej dla koneserów sztuki, więc
darowaliśmy sobie. Spacerowaliśmy dalej uradowani otoczeniem i sobą. W ogrodach
jest również ZOO podobno najstarsze i największe we Włoszech. Początkowo nie
chciałem tam wchodzić, ale dałem się namówić Madzi i nie ma czego żałować. ZOO niby, jak każde, ale jednak bardzo
gustowne, zadbane i z klasą. Największe wrażenie zrobił na nas szympans, bardzo
smutny i zasępiony, który siedział przykryty kocem. Pomimo znakomitych
warunków, jakie tam miał widać było, że nie jest szczęśliwy. Spacer po ZOO był
fenomenalny, zajął nam kilka godzin. W takim środowisku można nabrać pokory i
wyciszyć się.

Wejście do ZOO

Posiłek

Paw popisujący się przed wybranką 🙂

Spacerkiem wracaliśmy przez ogrody Borghese
wśród tłumów biegaczy i kolarzy – ileż tam ludzi uprawia sport. Szliśmy przed
siebie, aż doszliśmy do Schodów
Hiszpańskich
, tam mnóstwo ludzi, jak z obrazka. Tak szczerze nie
rozumieliśmy magii tego miejsca i dlaczego ci wszyscy ludzie tam siedzą.
Jednakże byliśmy zobaczyliśmy – szczerze bez zachwytu. Zachwyt natomiast
wzbudził fakt, ile można usłyszeć tam języków, mnóstwo europejskich a do tego
mnóstwo azjatów. Pod tym względem miejsce niesamowite. 

Schody Hiszpańskie – widok z góry

Dalej szliśmy w
poszukiwaniu Piazza dei Popolo.  A tam Bazylika i Kościół pochodzący z 1099 – w
tym też jedna z głównych scen Aniołów i Demonów. W czasach cesarstwa rzymskiego plac ten znajdował się przy północnej bramie Murów Aureliana zwanej w starożytności Porta
Flaminia
. Przez lata plac był miejscem publicznych egzekucji – ostatnią
wykonano w 1826. W roku 1589 papież Sykstus V umieścił na środku placu egipski obelisk
przeniesiony z Circus Maximus (był to obelisk wzniesiony przez Ramzesa II w
Heliopolis, a do Rzymu sprowadził go w 10 r. p.n.e. cesarz Oktawian
August). Aktualny układ placu został zaprojektowany w stylu neoklasycystycznym w latach 18111822 przez Giuseppe Valadiera. Plac faktycznie był ogromny i robił wrażenie.
Kolejne ochy i achy… 

Piazza dei Popolo a na nim wizyta dyplomacji chorwackiej

Dalej poszliśmy via
dei Corso
– wszystkie przewodniki wskazują, że jest to jedna ze
słynniejszych pod względem zakupów ulic we Włoszech. I nie mylili się. Włosi szaleli,
kupowali wszystko i wszędzie. Bez znaczenia czy to zwykła sieciówka czy Gucci.
My obraliśmy kurs na sklep firmowy Ferrari.
Udało się go szybko odnaleźć przy Via Tomaccelli. Jednakże sklep rozczarował.
Może po wizycie w Maranello nie robiło to już na nas takiego wrażenia. Wrażenie
robił jedynie bolid F1 z roku 2004 roku, który dumnie stał sobie w środku
sklepu. 

Sklep Ferrari, nie umywa się do tego z Maranello

Bolid z 2004 roku

Typowe….

Następne kroki skierowaliśmy do Fontanny di Trevi. Jednakże po drodze
postanowiliśmy coś zjeść. Zachęceni pogodą i atmosferą wąskiej uliczki usiedliśmy
w pewnej restauracji. Zamówiona bruschietta była kiepskiej jakości, o wiele
lepszą robimy w domu. Natomiast lassagna, która zamówiła Magda i moje gnocchi w
sosie pomidorowo bazyliowym były pierwszej klasy. Po obfitym posiłku szliśmy
dalej i gdy z za winkla pojawiła się ogromna monumentalna i dumna budowla
zachwytom nie było końca. Pomimo tego, że to ostatni dzień lutego (tak
wyjątkowy dzień – raz na cztery lata) pod Fontanną
di Trevi
 

było mnóstwo ludzi. Sama fontanna jest nieziemska, dbałość o szczegóły,
odzwierciedlenie wszystkich szczegółów, woda, która wylewa się, tak jakby
naturalnie, to wszystko stwarzało wrażenie, jakby to było naturalne dzieło
natury. A przecież to dzieło rąk człowieka. Oszołomienia tymi wszystkimi
atrakcjami poszliśmy do apartamentu. Pora zakończyć ten pierwszy dzień w
Rzymie.

Kategorie: Moje podróże

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *